środa, 7 listopada 2012

Szkoła przetrwania

Miałam dzisiaj uroczy sen...

Szkoła przetrwania

   Od rana babcia zwana Babelą nie czuła się najlepiej. W końcu dźwigała na karku którąś już tam dziesiątkę lat, a każda kolejna była przynajmniej o dwie tony cięższa niż poprzednia. Rachunkami   babcia nie lubiła się zajmować, więc nie liczyła, na szczęście, ileż to ton musi dźwigać na swoich plecach.
    Wracając jednak do wspomnianego ranka, to był on początkiem dnia, w którym do Babeli przyjeżdżał Wnuk. Przyjeżdżał i zostawał na cały długi dzień, do samego wieczora. Babela była dobrej myśli; w końcu  opiekowała się Wnukiem już od jakiegoś czasu i wiedziała, co może ją spotkać. Miała nadzieję, że jej stan zdrowia będzie się poprawiał z godziny na godzinę i da radę nawet nosić Wnuka, który co prawda potrafił juz od kilku miesięcy chodzić na własnych nóżkach, ale zwykle wędrowały one nie tam, gdzie oczekiwała babcia.
     Dzień rozpoczął się od śniadania. Wnuk chyba nie był głodny, bo zupełnie nie okazywał zainteresowania miseczką kaszki, którą zaproponowała mu Babela.Za to wyciągał rączki w kierunku jabłuszek stojących na stole, prosząc by mógł zjeść ukochane "bu", jak nazywał jabłka. Babela postanowiła zachęcić Wnuka do jedzenia przynosząc kilka zabawek, ale ani Autobus z pasażerami i Psem, ani zwierzęta z klocków Lego nie były w stanie przekonać chłopca do zjedzenia kaszki. Babela w końcu ustąpiła. Wnuk dostał jabłuszko, które zjadł błyskawicznie, a w jego oczkach pojawiły się ogniki zadowolenia. Posiłek został zakończony. Przyszedł czas na zabawę. 
    Wnuk bardzo lubił swoje zabawki, a  Autobus z pasażerami wśród których wyróżniał się sympatyczny Pies, należał do ulubionych. Chłopiec postawił pojazd na podłodze i zaczął go popychać  wymawiając przeciągle głoskę rrrrrrrrrrrrrr, bo to wychodziło mu świetnie już od dziesiątego miesiąca życia.
    Nagle, ku wielkiemu zaskoczeniu Babeli, Wnuk nie wiadomo jakim cudem, zajął wolne miejsce w małym Autobusie. Babcia nie mogła zrozumieć jak to się stało, ale nie mogła też pozwolić, by taki malec sam podróżował. Z ogromnym wysiłkiem również i ona wcisnęła się do Autobusu.  Zajęła miejsce stojące, bo tylko takie zostało wolne. Mimo, że nie grzeszyła w tym momencie wzrostem, jej głowa wystawała nieco ponad dach. Mogła zatem doskonale obserwować drogę, jaką pokonuje pojazd. A ten nabierał prędkości i radośnie podskakiwał na rozsypanych przez Wnuka  chrupkach czarnej Kotki. 
    Rozpędzony autobus dojechał  do kociej miski w tym  momencie, gdy do  jedzenia podchodziła  jego właścicielka. Babela miała wrażenie, że jej serce przestało zupełnie bić. Kotka była przeogromna! Autobus sięgał jej co najwyżej do kocich kolan. Babela była tym bardziej przerażona, że znała doskonale swoja Kotkę i wiedziała na co ją stać. Zapewne wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie Pies. Gdy tylko zobaczył Kotkę, wychylił się mocno z Autobusu i zaczął bardzo głośno szczekać. Hałas zwrócił uwagę Kotki; która podeszła do pojazdu i po kolei obwąchała każdego pasażera, a potem swoją  wielką łapą zaopatrzoną w długie, zawinięte, ostre pazury próbowała kogoś lub coś z Autobusu wyciągnąć. Na szczęście Wnuk znalazł obok  siedzenia  mały chrupek należący do czarnego Potwora  ( tak Babela zaczęła myśleć o Kotce w tym momencie) i z radością wepchnął go do pyska pełnego ostrych zębów. Nie okazał przy tym najmniejszego strachu! Tymczasem twarz Babeli w jednej chwili została zroszona wielkimi kroplami potu. Babcia dziękowała w myślach losowi, że nic złego nie spotkało jej Wnuka. Ale to nie był koniec przygody z Kotką. 
   Swoim zwyczajem rozpoczęła ona taniec polegający na ocieraniu się raz jednym bokiem, raz drugim o Autobus. W pewnym momencie zrobiła to tak mocno, że pojazd przewrócił się na bok, a pasażerowie rozsypali się po kuchennej podłodze. Tylko Babela pozostała w środku i w żaden sposób nie potrafiła  wyjść na zewnątrz, bo jak wiadomo, miała w tym dniu kiepską formę. Bezradnie patrzyła jak jej Wnuk i reszta pasażerów z Psem na czele, śpiewając radośnie piosenkę o czerwonym autobusie, maszerowali  w stronę salonu. 
   Babela szamotała się bezradnie i pewnie zostałaby w Autobusie na długo, gdyby nie kocia łapa, która obróciła zabawkę do góry kołami, a to umożliwiło babci wygramolenie się na zewnątrz. Babela czym prędzej, nie zważając na bolące kolana, pobiegła za grupką pasażerów, z którą szedł jej Wnuk. 
   W salonie na podłodze leżało wiele zabawek chłopczyka; były tam przeróżne samochodziki, klocki Lego i...Lego zwierzęta.  Żyrafa ze swoją długą szyją znacznie przewyższała pasażerów Autobusu i Wnuka, a nawet Babelę! Ale ona nie była groźna, czego nie dało się powiedzieć o Słoniu, Lwie i białym Niedźwiedziu. Maleńki Wnuk, jakby nigdy nic, pobiegł w stronę zwierząt. Zawsze się nimi bawił, więc chciał to zrobić i tym razem. Babela wstrzymała oddech; chciała krzyczeć, ale bez powietrza w płucach nie dało się tego zrobić. W tej sytuacji rzuciła się w pościg za Wnukiem.
   Zupełnie jak młoda osoba, pędziła na oślep w stronę białego Niedźwiedzia, bo on wydawał jej się najgroźniejszy. Gdy była już blisko, zauważyla tylko wielkie niedźwiedzie kły i znalazła się w paszczy drapieżnika. Rozpaczliwie machała nogami i rękami wołając o pomoc, choć nie wiedziała do kogo  kierować swoje wołanie, bo wszyscy pasażerowie Autobusu byli małymi liliputami przy zwierzętach, a w mieszkaniu nie było nikogo dużego.
  - Pomocy!- rozległo się raz jeszcze wołanie Babeli. I pomoc nadeszła. Babela otworzyła oczy; nie zauważyła ani Niedźwiedzia, ani Lwa, ani Słonia, a w dodatku całkiem swobodnie mogła poruszać swoim ciałem. Usiadła. Zaraz zorientowała się, że  w łóżeczku spokojnie śpi Wnuk przytulony do mięciutkiego Misia. Wstała ze swojego łóżka, na którym jak się okazało dopadł ją sen, gdy Hipopotam z pozytywką usypiał  Wnuka.
    Poszła do kuchni; na podłodze tuż przy miseczce z jedzeniem Kotki leżał przewrócony Autobus, a przy nim wszyscy pasażerowie i Pies. Babela szybko podniosła zabawkę; posadziła na miejsca pasażerów i odniosła pojazd do sypialni, gdzie zwykle garażował na parapecie. Z ciekawością ruszyła do salonu. Tam również Wnuk pozostawił swoje zabawki; samochodziki, klocki i zwierzęta Lego. Babela uśmiechnęła się do swoich myśli i na głos powiedziała: -To była prawdziwa szkoła przetrwania.  
    


niedziela, 4 listopada 2012

Skarb Jeremiego

Jeremi uwielbia zbierać kamyczki; kiedy jest na spacerze, w jego rączkach zawsze są ukryte kamyczkowe skarby. A to komentarz do zdjęć z jesiennej wycieczki Jeremiego z rodzicami:

Znalazłem koszyczki żółtego rumianku,
pachnące kuleczki na niedużym krzaku.
Chcę zabrać rumianek ze sobą do domu,
lecz tata go radzi zostawić dla ptaków:)


Znalazłem żołędzie, co spadły z wysoka.
Chcę zrobić z nich sobie wesołe ludziki;
w czapeczkach zielonych, z uśmiechem na buziach,
a mama powiada - Niech zjedzą je dziki:)


Znalazłem kamyki leżące na drodze.
Zabiorę je wszystkie ze sobą domu!
Już kilka schowałem w zaciśniętych piąstkach.
O moich kamykach nie powiem nikomu!


Ząbek

Dzisiejsza rozmowa z pewną mamą o problemie ze słodyczami nasunęła pomysł na wierszyk; może przyda się rodzicom, by łatwiej dziecko do czegoś zniechęcić, a do czegoś innego zachęcić:)

Pewien Jasio, całkiem mały,
miał garnitur ząbków białych.
Gryzł ząbkami rzeczy wiele;
jabłka, gruszki i morele,
gryzł cukierki, czekoladki,
z ciastek najchętniej roladki.
Gryzł też mięsko i ziemniaczki,
i paluszki; takie z paczki.
Gryzł ząbkami przez dzień cały,
były zdrowe, siłę miały.
Wieczorami, no i z rana
ząbki myć kazała mama.
Jaś wykręcał się od tego,
aż tu w końcu, dnia pewnego
już nic ugryźć nie potrafił,
bo ból ząbka chłopca trapił.
Kiedy płaczu był Jaś bliski,
poszedł z mamą do dentysty.
Doktor zaplombował ząbka
i uchylił wiedzy rąbka:
W ząbku dziura się zrobiła,
bo dziecina go nie myła!
Myj więc ząbki zuchu mały,
by Cię nigdy nie bolały!

piątek, 2 listopada 2012

Mecz



Gramy

Chociaż jesień już na dworze,
w piłkę, kto chce, pograć może!
Gra Jeremi ze swym tatą,
strzela gole niczym Lato!
Na polanie obaj grają
i kibica nawet mają!
Kto kibicem jest, czy zgadniesz?
Ja to wiem, bardzo dokładnie!



Maja kibicuje chłopcom!
Dopinguje z wielką mocą;
raz jednego, raz drugiego!
Trwa zabawa na całego!

niedziela, 21 października 2012

Kasztankowa rodzina

Jesień, dywany z kolorowych liści, kasztany i żołędzie  leżące gęsto na pożółkłej trawie i wspomnienie z dzieciństwa, kiedy kasztanowe ludziki były cudowną zabawką...Zawsze otulałam je gałgankami, by było im ciepło...cieplej niż małej Elżuni...



Odchodziło lato, spadały kasztany,
każdy brązowiutki, jak pomalowany.
Nazbierać ich chcieli chłopcy jak najwięcej,
zapełnili całe kieszonki i ręce.

Potem w domu chłopcy, po namyśle chwili,
kasztanowe kulki z sobą połączyli.
Jest mama, jest tata i jest dzieci dwoje...
 Rodzinka dostała też mieszkanie swoje.

Mieszkają przy oknie ludki kasztankowe;
mają w  saloniku meble całkiem nowe.
Patrzą jak za szybą drzewa się czerwienią,
jak liście wiatr zrywa deszczową  jesienią.

A na parapecie sucho jest i miło...
Niestety, tak pięknie to do wczoraj było,
bo dzisiaj wieczorem, całkiem niespodzianie,
odwiedził ktoś wielki  malutkie mieszkanie.

Ludki kasztankowe wytrzeszczały oczy,
kiedy na parapet czarny kocur wskoczył.
Nie zważając na nic rozsiadł się wygodnie,
nim zasnął, pomruczał pod nosem łagodnie. 

Tymczasem rodzina kasztankowa cała,
w kąciku przy oknie ze strachu truchlała.
Wszystkie meble spadły na podłogę z góry,
zostały z nich tylko  patyki i wióry.

A kot spał spokojnie godzin chyba cztery;
bo takie po prostu są kocie  maniery.
Kiedy biedne ludki już uciekać chciały,
 kocur się obudził i wyciągnął cały.

Zaraz też zeskoczył z parapetu zgrabnie,
poszedł gdzieś... a dokąd, tego nikt nie zgadnie.
Kasztankowe ludki odtąd bezustannie,
bały się, że kocur znowu do nich wpadnie.

Spakowano rzeczy i w dogodnej chwili
parapet okienny wszyscy opuścili.
Przygarnij, gdy spotkasz ludziki z kasztanków,
bo się boją śniegu i mroźnych poranków.


Odchodziło lato, spadały kasztany,
każdy brązowiutki, jak pomalowany.
Nazbierać ich chcieli chłopcy jak najwięcej,
zapełnili całe kieszonki i ręce.
A już w domu malcy, po namyśle chwili,
kasztanowe kulki z sobą połączyli.
Jest mama, jest tata i jest dzieci dwoje...
Rodzinka niebawem trafiła na swoje.
Mieszkają przy oknie ludki kasztankowe;
mają w saloniku meble całkiem nowe.
Patrzą jak za szybą drzewa się czerwienią,
jak liście wiatr zrywa deszczową jesienią.
A na parapecie sucho jest i miło...
Niestety, tak pięknie to do wczoraj było,
bo dzisiaj wieczorem, całkiem niespodzianie,
odwiedził ktoś wielki malutkie mieszkanie.
Ludki kasztankowe wytrzeszczały oczy,
kiedy na parapet czarny kocur wskoczył.
Nie zważając na nic rozsiadł się wygodnie,
nim zasnął, pomruczał nawet dość pogodnie.
Tymczasem rodzina kasztankowa cała,
w kąciku przy oknie ze strachu truchlała.
Wszystkie meble spadły na podłogę z góry,
zostały z nich tylko zapałki i wióry.
A kot spał spokojnie godzin chyba cztery;
bo takie, po prostu, są kocie maniery.
Kiedy biedne ludki już uciekać chciały,
kocur się przebudził i wyciągnął cały...
Zaraz też zeskoczył z parapetu zgrabnie,
poszedł gdzieś... a dokąd, tego nikt nie zgadnie.
Kasztankowe ludki odtąd bezustannie,
bały się, że kocur znowu do nich wpadnie.
Spakowano rzeczy i w dogodnej chwili
parapet okienny wszyscy opuścili.
Przygarnij, gdy spotkasz ludziki z kasztanków,
bo się boją śniegu i mroźnych poranków.
...😊



sobota, 6 października 2012

Katar Marka



Marek, chłopiec zwykle psotny,
już od rana był markotny.
Tata tulił swego smyka,
by zły humor szybko znikał?

Bardzo się starała mama,
aż się smutna stała sama.
Bajki nie chciał słuchać Marek,
nie ciekawił go zegarek.

Nic malować nie chciał farbą.
Do niczego się nie garnął!
Z klocków nie zbudował domu,
mamie w kuchni nie chciał pomóc!

Wszyscy bardzo się martwili.
Ale w końcu, w pewnej chwili
pomysł w ich zaświtał głowach.
To sukcesu już połowa!

Poszli z Markiem do doktora,
bo najwyższa była pora,
by przepędzić smutek Marka.
Przebrała się smutku miarka! 

Doktor dobrze zbadał chłopca,
jak przystało na fachowca.
I już w ułamek godziny
dotarł doktor do przyczyny.

Powiem krótko; otóż Marek
zachorował na katarek!
Zwykły katar? ktoś zapyta.
Tak! Przez katar humor znika!










Książki Jeremiego




Komentarz do zdjęć Jeremiego: 


Bardzo lubię taką porę,
kiedy książki z półki biorę.
Spośród wielu sam wybieram
i to zrobię właśnie teraz.
Wezmę książkę o pojazdach,
rakach, rybach i rozgwiazdach,
kotkach, pieskach, koniach, krówkach,
pszczołach, osach no i mrówkach.
Sam oglądam książek strony;
każdą jestem zachwycony:)


A tu biblioteczka Jeremiego u babci Elżbiety z ukochaną przez niego serią "Mały chłopiec"