niedziela, 4 listopada 2012

Skarb Jeremiego

Jeremi uwielbia zbierać kamyczki; kiedy jest na spacerze, w jego rączkach zawsze są ukryte kamyczkowe skarby. A to komentarz do zdjęć z jesiennej wycieczki Jeremiego z rodzicami:

Znalazłem koszyczki żółtego rumianku,
pachnące kuleczki na niedużym krzaku.
Chcę zabrać rumianek ze sobą do domu,
lecz tata go radzi zostawić dla ptaków:)


Znalazłem żołędzie, co spadły z wysoka.
Chcę zrobić z nich sobie wesołe ludziki;
w czapeczkach zielonych, z uśmiechem na buziach,
a mama powiada - Niech zjedzą je dziki:)


Znalazłem kamyki leżące na drodze.
Zabiorę je wszystkie ze sobą domu!
Już kilka schowałem w zaciśniętych piąstkach.
O moich kamykach nie powiem nikomu!


Ząbek

Dzisiejsza rozmowa z pewną mamą o problemie ze słodyczami nasunęła pomysł na wierszyk; może przyda się rodzicom, by łatwiej dziecko do czegoś zniechęcić, a do czegoś innego zachęcić:)

Pewien Jasio, całkiem mały,
miał garnitur ząbków białych.
Gryzł ząbkami rzeczy wiele;
jabłka, gruszki i morele,
gryzł cukierki, czekoladki,
z ciastek najchętniej roladki.
Gryzł też mięsko i ziemniaczki,
i paluszki; takie z paczki.
Gryzł ząbkami przez dzień cały,
były zdrowe, siłę miały.
Wieczorami, no i z rana
ząbki myć kazała mama.
Jaś wykręcał się od tego,
aż tu w końcu, dnia pewnego
już nic ugryźć nie potrafił,
bo ból ząbka chłopca trapił.
Kiedy płaczu był Jaś bliski,
poszedł z mamą do dentysty.
Doktor zaplombował ząbka
i uchylił wiedzy rąbka:
W ząbku dziura się zrobiła,
bo dziecina go nie myła!
Myj więc ząbki zuchu mały,
by Cię nigdy nie bolały!

piątek, 2 listopada 2012

Mecz



Gramy

Chociaż jesień już na dworze,
w piłkę, kto chce, pograć może!
Gra Jeremi ze swym tatą,
strzela gole niczym Lato!
Na polanie obaj grają
i kibica nawet mają!
Kto kibicem jest, czy zgadniesz?
Ja to wiem, bardzo dokładnie!



Maja kibicuje chłopcom!
Dopinguje z wielką mocą;
raz jednego, raz drugiego!
Trwa zabawa na całego!

niedziela, 21 października 2012

Kasztankowa rodzina

Jesień, dywany z kolorowych liści, kasztany i żołędzie  leżące gęsto na pożółkłej trawie i wspomnienie z dzieciństwa, kiedy kasztanowe ludziki były cudowną zabawką...Zawsze otulałam je gałgankami, by było im ciepło...cieplej niż małej Elżuni...



Odchodziło lato, spadały kasztany,
każdy brązowiutki, jak pomalowany.
Nazbierać ich chcieli chłopcy jak najwięcej,
zapełnili całe kieszonki i ręce.

Potem w domu chłopcy, po namyśle chwili,
kasztanowe kulki z sobą połączyli.
Jest mama, jest tata i jest dzieci dwoje...
 Rodzinka dostała też mieszkanie swoje.

Mieszkają przy oknie ludki kasztankowe;
mają w  saloniku meble całkiem nowe.
Patrzą jak za szybą drzewa się czerwienią,
jak liście wiatr zrywa deszczową  jesienią.

A na parapecie sucho jest i miło...
Niestety, tak pięknie to do wczoraj było,
bo dzisiaj wieczorem, całkiem niespodzianie,
odwiedził ktoś wielki  malutkie mieszkanie.

Ludki kasztankowe wytrzeszczały oczy,
kiedy na parapet czarny kocur wskoczył.
Nie zważając na nic rozsiadł się wygodnie,
nim zasnął, pomruczał pod nosem łagodnie. 

Tymczasem rodzina kasztankowa cała,
w kąciku przy oknie ze strachu truchlała.
Wszystkie meble spadły na podłogę z góry,
zostały z nich tylko  patyki i wióry.

A kot spał spokojnie godzin chyba cztery;
bo takie po prostu są kocie  maniery.
Kiedy biedne ludki już uciekać chciały,
 kocur się obudził i wyciągnął cały.

Zaraz też zeskoczył z parapetu zgrabnie,
poszedł gdzieś... a dokąd, tego nikt nie zgadnie.
Kasztankowe ludki odtąd bezustannie,
bały się, że kocur znowu do nich wpadnie.

Spakowano rzeczy i w dogodnej chwili
parapet okienny wszyscy opuścili.
Przygarnij, gdy spotkasz ludziki z kasztanków,
bo się boją śniegu i mroźnych poranków.


Odchodziło lato, spadały kasztany,
każdy brązowiutki, jak pomalowany.
Nazbierać ich chcieli chłopcy jak najwięcej,
zapełnili całe kieszonki i ręce.
A już w domu malcy, po namyśle chwili,
kasztanowe kulki z sobą połączyli.
Jest mama, jest tata i jest dzieci dwoje...
Rodzinka niebawem trafiła na swoje.
Mieszkają przy oknie ludki kasztankowe;
mają w saloniku meble całkiem nowe.
Patrzą jak za szybą drzewa się czerwienią,
jak liście wiatr zrywa deszczową jesienią.
A na parapecie sucho jest i miło...
Niestety, tak pięknie to do wczoraj było,
bo dzisiaj wieczorem, całkiem niespodzianie,
odwiedził ktoś wielki malutkie mieszkanie.
Ludki kasztankowe wytrzeszczały oczy,
kiedy na parapet czarny kocur wskoczył.
Nie zważając na nic rozsiadł się wygodnie,
nim zasnął, pomruczał nawet dość pogodnie.
Tymczasem rodzina kasztankowa cała,
w kąciku przy oknie ze strachu truchlała.
Wszystkie meble spadły na podłogę z góry,
zostały z nich tylko zapałki i wióry.
A kot spał spokojnie godzin chyba cztery;
bo takie, po prostu, są kocie maniery.
Kiedy biedne ludki już uciekać chciały,
kocur się przebudził i wyciągnął cały...
Zaraz też zeskoczył z parapetu zgrabnie,
poszedł gdzieś... a dokąd, tego nikt nie zgadnie.
Kasztankowe ludki odtąd bezustannie,
bały się, że kocur znowu do nich wpadnie.
Spakowano rzeczy i w dogodnej chwili
parapet okienny wszyscy opuścili.
Przygarnij, gdy spotkasz ludziki z kasztanków,
bo się boją śniegu i mroźnych poranków.
...😊



sobota, 6 października 2012

Katar Marka



Marek, chłopiec zwykle psotny,
już od rana był markotny.
Tata tulił swego smyka,
by zły humor szybko znikał?

Bardzo się starała mama,
aż się smutna stała sama.
Bajki nie chciał słuchać Marek,
nie ciekawił go zegarek.

Nic malować nie chciał farbą.
Do niczego się nie garnął!
Z klocków nie zbudował domu,
mamie w kuchni nie chciał pomóc!

Wszyscy bardzo się martwili.
Ale w końcu, w pewnej chwili
pomysł w ich zaświtał głowach.
To sukcesu już połowa!

Poszli z Markiem do doktora,
bo najwyższa była pora,
by przepędzić smutek Marka.
Przebrała się smutku miarka! 

Doktor dobrze zbadał chłopca,
jak przystało na fachowca.
I już w ułamek godziny
dotarł doktor do przyczyny.

Powiem krótko; otóż Marek
zachorował na katarek!
Zwykły katar? ktoś zapyta.
Tak! Przez katar humor znika!










Książki Jeremiego




Komentarz do zdjęć Jeremiego: 


Bardzo lubię taką porę,
kiedy książki z półki biorę.
Spośród wielu sam wybieram
i to zrobię właśnie teraz.
Wezmę książkę o pojazdach,
rakach, rybach i rozgwiazdach,
kotkach, pieskach, koniach, krówkach,
pszczołach, osach no i mrówkach.
Sam oglądam książek strony;
każdą jestem zachwycony:)


A tu biblioteczka Jeremiego u babci Elżbiety z ukochaną przez niego serią "Mały chłopiec"


środa, 12 września 2012

Historyjka o złośnicy

Pewnego gorącego dnia byłam na placu zabaw z Jeremim. Obserwowałam tam sześcio, może siedmioletnią dziewczynkę. Jej zachowanie z jednej strony mnie rozbawiło, ale z drugiej... mój wewnętrzny pedagog nie śpi. Mała poprosiła panią siedzącą na ławce, by popilnowała jej zwierzątko, bo chce pobawić się chwilkę. Nieobecność przeciągnęła się mocno, a potem z obrażoną miną zgłosiła pretensje; jakim prawem ktoś dotykał jej własność. Gdy mała  zapytała kto ruszał jej zwierzątko zostawione na pastwę losu na kilka godzin, udzieliłam jej  "reprymendy". Chyba zrozumiała o co chodzi...a chodzi o to, że jeszcze nie nadszedł czas, by rodzice kupili jej żywe zwierzątko...

Przyszła na placyk pewna dziewczynka.
Miała na smyczy zwierzątko małe,
lecz  porzuciła swego pupila 
na dwie najdłuższe godziny całe!

Siedział na ławce zwierzaczek biedny
obok mamusi innej dziewczynki.
Tęsknił za panią, było to widać;
bo robił bardzo żałosne minki.

Kto mógł, pocieszał zwierzaczka tego;
głaskał, czasami nosił na rękach.
Tylko nie przyszła, ani na chwilkę,
ta jego pani, dziwna panienka! 

"Przecież zajęta była!" ktoś powie.
Owszem, hasała  z dziećmi innymi;
biegała, grała z chłopcami w piłkę 
przez dwie tak bardzo długie godziny!

W końcu znudziły się jej zabawy
i przypomniała sobie zwierzaka!
Przyszła do ławki, na której został.
Patrzy, pozycja jego nie taka!

"Kto ruszał mego zwierzaka?" pyta.
"Jakim go w ogóle dotykał prawem?"
Złośnica wyszła z małej dziewczynki!
Czas z historyjką kończyć zabawę!

Chcę teraz dzieci pocieszyć szybko.
Na smyczy była jaszczurka zwinna,
lecz nie prawdziwa, tylko z plastiku!
Czy z taką panią mogła być inna?